III miejsce w konkursie literackim

Gratulujemy wyobraźni!!!

 

9 listopada 2009 r. odbyło się w MOK-u w Wodzisławiu Śl. uroczyste podsumowanie projektu edukacyjnego "Wyobraźnia ważniejsza od wiedzy", zorganizowanego przez Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 z Wodzisławia. Uczeń klasy III b Sportowego Gimnazjum Andrzej Serwotka zajął III miejsce w konkursie literackim na opowiadanie fantazy, zatytułowane "Nekromanta". Na konkurs napłynęły 44 prace. 

 

 Andrzej udostępnił nam swoje opowiadanie.

 

"Nekromanta"

  
Był wczesny poranek. Pierwsze promienie światła zaczęły przebijać się przez leśne poszycie. Gdzieś w oddali zawył samotny wilk.
Xinod nie obawiał się wilków, zresztą jak wszystkiego innego. Nikt i nic nie śmiało niepokoić go tej nocy. Z koron drzew na glebę kapały jeszcze pojedyncze krople wody, w nocy musiał padać deszcz. To jednak nie było jeszcze powodem, aby musiał przerywać rytuał.
Otworzył oczy. Przed nim, wbity w ziemię znajdował się sztylet. Runy, którymi był pokryty, płonęły jaskrawą czerwienią.
Xinod czekał.
Gdzieś za nim z cichym trzaskiem złamała się gałązka.
– Te podchody są zbyteczne – rzekł. - Podejdź tutaj i nie marnuj mojego czasu.
Z zarośli za nim wyłonił się człowiek w szarym kapturze. Był niskiego zrostu. Miał kruczoczarne włosy i krótko przyciętą brodę. Spod kaptura wypatrywały małe oczy.
– Skąd wiedziałeś, że to ja? - powiedział cicho. - Mogłem być jednym z nich.
– Gdyby tak było w istocie, już dawno byłbyś martwy.
Niski mężczyzna przeszedł obok Xinoda i usiadł naprzeciwko.
– Wciąż nie przestajesz mnie zadziwiać. – rzekł. - Ale chyba jednak przeceniasz swoje możliwości. Jesteś sam, a ich jest wielu.
Dostrzegł wpatrzone wpatrzone prosto w niego płonące szkarłatem oczy i mimowolnie odwrócił wzrok.
– Już wkrótce będę miał okazję się o tym przekonać. – odparł. - Masz informacje, które poleciłem ci zdobyć?
Zakapturzony wyciągnął z sekretnej kieszeni zwinięty pergamin i podał go Xinodowi.
– Tak, jak się spodziewałem. Tylko dlatego jeszcze dla ciebie pracuję. Niełatwe zadanie mi powierzałeś, a ludzie których szpiegowałem byli dobrze strzeżeni.
– Udało ci się? - spytał chłodno Xinod.
– Oczywiście. Wszystko jest tutaj. - gestem wskazał na pergamin. - jednakże zaczynają coś podejrzewać. Jeśli znowu będę musiał...
– Nie będziesz musiał. - przerwał mu. - Wykonałeś swoje zadanie. Dobra robota. - dodał po chwili, następnie złamał pieczęć na pergaminie. Wpatrywał się przez chwilę w jego treść. - Znakomicie. Tu jest wszystko, czego potrzebuję. Nie będziesz mi już więcej potrzebny. Masz szczęście, postanowiłem cię już teraz wynagrodzić.
– Naprawdę? - parsknął z niedowierzaniem człowiek w kapturze. Nie wydaje mi się, żebyś miał przy sobie ilość złota zdolną mnie zadowolić.
– Coś lepszego niż złoto. Coś, co spotyka człowieka wyłącznie raz w jego krótkim życiu. Podejdź tu.
Mężczyzna podszedł do Xinoda, zerkając nań nieufnie.
– Trzymaj. I nie zgub.
Nekromanta z krótkiego zamachu wbił aż po rękojeść sztylet w serce mężczyzny. Jego usta zamarły w wyrazie niemego zdziwienia, po czym zwalił się bezwładnie na podłoże.
Xinod usunął sztylet z ciała. Jego powierzchnia, przedtem jarząca się czerwienią, teraz była szara i matowa.
Rytuał zakończył się sukcesem.
Wytarł ostrze o liście wielkiego dębu, rosnącego nieopodal, po czym owinął je starannie bandażami i schował do torby, którą miał ze sobą.
Uklęknął i tak jak wcześniej zamknął oczy, skupiając wolę.
Nagle jednocześnie wydarzyły się trzy rzeczy.
Zwykle o tej porze głośne już zwierzęta niespodziewanie umilkły. Można by przypuszczać, że nagle wszystkie uciekły w popłochu. Po drugie, światło słoneczne, któremu udało przebić się przez liście, zdawało się gasnąć, a na polanie na chwilę zapanowały nieprzeniknione ciemności.
Jednakże nie to było najstraszniejsze.
Mężczyzna, który kilka minut temu został zabity, stał obecnie na równych nogach, a jego oczy płonęły złowrogim blaskiem, tak jak przedtem sztylet.
– Panie.
Nekromanta otworzył oczy i wyprostował się.
– Teraz jesteś już gotowy. - rzekł. - Wiesz, co masz robić.
– Tak, panie.
Człowiek odwrócił się i udał sztywno w przeciwnym kierunku. Zanim zniknął w gąszczu, zdołał się odwrócić i rzucił przez ramię:
– Pożałujesz tego.
– Wątpię. - Odpowiedział nekromanta, nie odwracając się.
– Oczywiście, mój panie.
Pergamin leżący na trawie stanął w płomieniach i po chwili została po nim jedynie garstka popiołu.

Tanniladael było niewielkim miastem, położonym tuż u stóp gór. Znajdowało się ono dość daleko od głównego traktu, ktoś mógłby sądzić, iż niebezpiecznie jest mieszkać w osadzie tak głęboko skrytej wśród lasów. Na widok tego grodu natychmiast zmieniłby zdanie. Otoczony jest on bowiem murem wysokim na trzydzieści stóp, szczelnie okalającym go z wszystkich stron, poza stroną północną, gdzie góry stanowiły naturalną ochronę. Już sama wielkość takiej bariery skutecznie mogła odstraszyć większość dzikich zwierząt oraz samotnych rabusiów. Ale jak wiadomo, w lasach żyją o wiele groźniejsze bestie od tych, których łby zamienione w trofea wisiały na kominkami w karczmach. Trolle, a nawet jeszcze gorźniejsze bestie nękały wioski położone nawet blisko głównego traktu.
Tutaj jednak nigdy nie widziano tych potworów, a ich nazwy znano wyłącznie z opowiadań podróżnych. Działo się tak, dlatego że prawie piątą część mieszkańców stanowili magowie.
Ich zaklęcia chroniły osadę skuteczniej niż jakikolwiek mur, a nawet regularne wojsko nie zapewniłoby lepszej ochrony.
Nikt i nic nie odważyło się niepokoić Tanniladael, położonej głęboko w lasach.
Od strony dzikich ostępów w kierunku bramy zmierzał samotny podróżny. Mimo znakomitej ochrony, straże były czujne jak zawsze. Jednakże kiedy tylko ujrzeli, kim jest podróżny, rozłączyli ostrza halabard i pochylili głowy na znak szacunku. Ignorując ich, postać w kapturze wkroczyła do miasta.
Było ono podzielone na dwie dzielnice. Pierwsza, nazywana pierścieniem głównym lub po prostu wewnętrznym, znajdowała się w centrum i mieściła się tam siedziba magów. Nie wszyscy mieszkańcy mieli do nich wstęp, a takie osoby mogły się uważać za prawdziwych szczęśliwców.
Cała reszta, czyli niewielki targ, domostwa kupców, chaty chłopów, świątynia, ratusz oraz budynki gospodarcze zwane były pierścieniem zewnętrznym.
Dwaj strażnicy, pilnujący wewnętrznego pierścienia mieli nudny dzień. Nie licząc kilku żebraków, którzy jak zwykle próbowali, z sobie tylko znanych powodów, dostać się do głównego pierścienia, strażnicy nie mieli nic do roboty.
Zastanawiali się właśnie nad możliwością rozegrania partyjki kości pod nieobecność przełożonych, gdy nagle zauważyli coś podejrzanego.
Kilkanaście metrów od nich stał człowiek w kapturze i im się przyglądał.
– Spójrz. Tamten gość bez przerwy się na nas gapi. - rzekł pierwszy.
– No to co?
– Ślepy jesteś? Nie poruszył się już chyba od dwudziestu minut.
Drugi przyjrzał się obcemu.
– Rzeczywiście. - Powiedział. - To co zrobimy?
– Proponuję go zrewidować. - zarechotał pierwszy.
– Nie wygląda na nadzianego.
– Może tym razem się nam poszczęści.
Strażnicy nie zdążyli jednak zwiększyć ilości swojego majątku, gdyż postać w kapturze ruszyła w ich stronę, wyraźnie mając zamiar przekroczenia bramy.
– Stać, nie możesz... - zaczął pierwszy strażnik.
Drugi jednak chwycił go za ramię, powstrzymując przed podniesieniem broni.
– Cholera, co robisz?!
– Daj spokój. - odrzekł drugi. - Widziałeś jego oczy? Płonęły szkarłatem. To jeden z nich.
– No dobra. - odburknął. - W końcu nikt inny to nie mógł być, co nie?
Strażnicy rozsiedli się wygodnie na bruku i postanowili jednak zagrać w kości.
Obcy dostał się na dziedziniec, z którego miał dostęp do większości budynków znajdujących się w pierścieniu. Obszedł go dokładnie, chwilami zatrzymując w kilku miejscach.
– Nic tu nie ma. - mruknął sam do siebie.
O tak wczesnej porze znajdowało się tu niewiele osób, nic więc dziwnego, że nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Zegar na ratuszu zaczął wybijać godzinę ósmą. Obcy, jakby kierowany przeczuciem, skrył się w cieniu, gdzie nie można było go dostrzec. Po kilkunastu minutach z okolicznych domów poczęli wychodzić magowie. Większość z nich odziana była w długie niemal do samej ziemi niebieskie togi. Miały one szerokie rękawy zakrywające dłonie, a także niewielki, luźny kołnierz. U bioder zapięte mieli czarne pasy, podtrzymujące całe odzienie. Nieliczni z magów posiadali szaty koloru czarnego.
Wszyscy udawali się do piętrowego, przestronnego budynku, znajdującego się na wprost od bramy.
Gdy z placu zniknął ostatni czarodziej, z mroku wyłonił się mężczyzna w kapturze. Udał się on do wnętrza budowli.
Magowie, między różnymi innymi, ekscentrycznymi zwyczajami, mieli taką tradycję, że codziennie jadali pierwszy posiłek u swego przywódcy, a zarazem najwyższego rangą. Władzę wśród magów stanowił Arcymag.
Mężczyzna nie niepokojony przez nikogo dostał się do środka. Znalazł się w długim przedpokoju, kończącym się szeroko otwartymi drzwiami, zza których dobiegały liczne głosy ludzi.
Podszedł bliżej drzwi i rozejrzał się. Odwrócił się i już miał opuścić pomieszczenie, gdy nagle zadrżał.
– Bez wątpienia. To tutaj. - rzekł bezgłośnie sam do siebie. Głosy z pomieszczenia zagłuszyły jego słowa.
Wewnątrz, przy długich, prostokątnych stołach znajdowały się rzędy krzeseł. Kilka z nich było pustych, jednakże na większości z nich siedzieli magowie. Byli to głównie mężczyźnie w sile wieku, niektórzy posiadali długie, sięgające niemal do pasa brody. Gdyby się dokładniej przypatrzeć, można by się dopatrzeć kilku młodszych osób. Zdecydowaną mniejszość stanowiły kobiety.
Jedna osoba wyróżniała się spośród pozostałych. Zamiast niebieskiej szaty nosiła ciemnozieloną. Był to starzec, który właśnie prowadził interesującą dyskusję z wysokim, ciemnowłosym młodzieńcem. Arcymagiem był bez żadnych wątpliwości ów starzec, tym bardziej, że oparty o jego krzesło leżał kostur, wyglądający na wykonany z marmuru – obiekt zazdrości i pożądania wielu innych magów. U jego końcowi, w misternie plecioną siatkę, wtopiony był olbrzymi brylant.
Kostur musiał przyciągnąć uwagę mężczyzny w kapturze, bo nagle myśl, że mógłby zostać wykryty przestała go przejmować. Rzucił się w stronę pomieszczenia, roztrącając ludzi i przewracając stoły, powodując ogólne zamieszanie. Do Arcymaga nie udało mu się dostać, bo chwilę potem leża na podłodze, skrępowany przez palące przy każdym poruszeniu więzy.
Magowie wpatrywali się w niego złowieszczo. Przez tłum zdołał przedostać się do niego Arcymag, opanowując motłoch. Zapadła cisza.
– Kim jesteś?
Kaptur opadł z jego twarzy, ukazując krótką, czarną brodę. Nie odpowiedział.
– Widziałeś o tym, że wkradając się tutaj, ryzykowałeś życiem?
Tym razem powoli odrzekł:
– Nikt nie może mnie zabić.
Czarodziej zaszemrali. Przywódca uciszył ich ruchem ręki.
– Co przez to rozumiesz?
– Ja... Nie mogę... Muszę znaleźć...
Nic więcej nie powiedział. Opadł na podłogę i znieruchomiał.
Jedna z kobiet obecna na sali odezwała się:
– Udawanie nic ci nie pomoże. Gadaj kim jesteś, albo trafisz pod pręgierz...
Leżący nie poruszył się. Rękawy jego kaftana płonęły błękitnym ogniem, odsłaniając na ciele rzędy runów żarzących się czerwienią, które po chwili zniknęły.
– On nie żyje.
Tłum ponownie zaszemrał.
Kilkadziesiąt minut później, ciało po dokładnym przebadaniu i stwierdzeniu śmierci zostało odesłane do miejscowego grabarza.
W siedzibie magów trwała dyskusja, która skończyła się jednym słusznym wnioskiem.
– Nie budzi wątpliwości, iż człowiek, który wdarł się tu dzisiaj przed południem, kierowany był przez innego maga, prawdopodobnie nie należącego do naszej gildii. Świadczą o tym znaki na jego ciele. Pojawienie się błękitnego płomienia pozostaje niewyjaśnione. Używanie magii tego typu jest zakazane i sprawca tego czynu, gdy zostanie odnaleziony, zostanie surowo ukarany. Powracając do tematu, manipulowany człowiek wyraźnie czegoś szukał, obiektem jego poszukiwań mógł być kostur naszego mistrza, ponieważ wyraźnie kierował się w jego stronę. W obecnej chwili nie możemy jednak niczego uczynić. Strażnicy otrzymali naganę, od teraz zawsze przy wejściu będzie im towarzyszył przynajmniej jeden mag. Ten, który posłał tu swojego człowieka, być może wkrótce sam spróbuje się tu dostać.

W tej samej chwili, w lesie kilka kilometrów dalej, Xinod otworzył oczy.
– A więc zginął. I tak nie był mi już dłużej potrzebny. Teraz już wiem, gdzie on się znajduje.
Ze swojej torby wyjął dwa ciasno zwinięte zwoje. Położył je przed sobą i ponownie zamknął oczy.
Wkrótce zapadł zmierzch i świat pogrążył się ciemnościach.

Następnego ranka, do bram miasta zbliżył się kolejny podróżny. Miał na sobie czarną szatę, podobną do tej, którą nosili niektórzy magowie.
Gdy podszedł do bramy zewnętrznego pierścienia, strażnicy spali nienaturalnym snem. Nie budziły ich nawet głośne odgłosy, dobiegające z wnętrza miasta.
Podróżny przeciął całe miasto w linii prostej. Ludzie zachowywali się tak, jakby nie mogli go dostrzec. Wpadali na niego w tłumie, nie wiedząc co się stało.
Po chwili obcy dotarł do niewielkiej bramy, zagradzającej wejście do głównego pierścienia. Stali tam dwaj strażnicy, sztywno trzymając dłoń. Obok nich na krześle siedział mag w czerwonej szacie, co jakiś czas popijając z niewielkiej piersiówki.
Nagle poderwał się z miejsca. Niczego nie dostrzegł, ale wyczuł coś w niewielkiej odległości od nich. Wskazał to miejsce strażnikom, którzy opuściwszy broń powoli podeszli w tamtą stronę, patrząc nieufnie.
Potężne uderzenia odrzuciło ich na kilkanaście stóp. Wyglądała na to, że stracili przytomność.
Mag okazał się trudniejszym przeciwnikiem. Zdołał odeprzeć dwa uderzenia, odbijając je krótkimi wiązkami swojej energii. Kolejne trafiło go prosto w brzuch. Zgiął się w pół i znieruchomiał.
Wysoki płot ugiął się i stopniał pod spojrzeniem czerwonych oczu.
Gdy dostał się do środka, zastał pusty dziedziniec. Wszyscy gdzieś zniknęli. Nie przejmując się tym, udał się wprost do piętowego budynku, gdzie posiłki jedli magowie. Wszedł do środka.
Wewnątrz, zamiast stołów i krzeseł, na niewielkim piedestale leżał kostur z brylantem.
Nekromanta rozejrzał się po pokoju, po czym wyjął z torby jeden ze zwojów i rozłożył go na podłodze.
Nagle przez drzwi, którymi dopiero co wszedł, do środka wpadli magowie. Odwrócił się w ich stronę.
– A więc wpadłeś prosto w naszą pułapkę. - rzekł Arcymag.
– Co nazywasz pułapką? - Nekromanta zmierzył ich pogardliwym wzrokiem. - Nic nie możecie mi zrobić.
– To się okaże. - odkrzyknął starzec. - Brać go!
– Nie mam na was czasu. Ale bez obaw, żeby wam się nie nudziło, przygotowałem dla was małą niespodziankę.
Zwój leżący na ziemi spłonął. Nagle jak spod ziemi przed magami wyrosły szkielety ludzie, które zamiast leżeć w grobach, zaczęły podchodzić w stronę magów. Kilku z nich uciekło w popłochu. Reszta odważnie stanęła do walki.
– Nie pozwólcie mu zabrać kostura!
Nekromanta nawet nie spojrzał na kostur. Wyjął z torby drugi zwój, wypowiadając magiczne inkantacje.
Budynek z trzaskiem zapadł się do wnętrze. Gruzy przysypały trupy oraz kilku magów, którzy nie zdążyli uciec. Kolejny zwój spłonął.
Nagle ziemia zadrżała. Z kilkunastu miejsc wzleciały z niej pojedyncze kości, układając się w całość i tworząc doskonały szkielet smoka, wciąż osypując się ziemią. Po chwili zaczął się poruszać. Xinod wdrapał się na jego grzbiet po kręgosłupie i zakrzyknął za Arcymagiem, który leżał na ziemi pod zwałami gruzu.
– Myślałeś, że przybyłem tu po twój żałosny kostur? I bez niego jestem od was wszystkich potężniejszy! Wkrótce całe królestwo spłynie krwią, drżąc przed mym gniewem!
Smok rozwinął pozostałości po błonach w skrzydłach. Wylecieli przez dach, którego w zasadzie już nie było.
Wkrótce pojawiły się pogłoski od potworze i magu, terroryzującym królestwo. Podobno odważyli się napaść na stolicę, gdzie dokonali straszliwej rzezi... Ale to już zupełnie inna historia.

 
 
 
 
 
 

Polecamy newsletter informacyjny Urzędu Miasta Radlin. Rejestracja nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji, w każdym momencie można zrezygnować
z subskrypcji.

 
Na stronę szkoły zaglądam:

Codziennie
Co kilka dni
Raz na kilka tygodni
Prawie wcale